— To ręka?

— Ano: ręka.

— Pamiętaj.

— No... no...

Silne to — gnie, zmusza i nie pozwala przeczyć. Lata nawarstwiały moc czarną, bezwzględną i mściwą. — Tu bezkarnie zaglądać nie można.

Butelka od ust do ust. Pustą w kąt ciska i w nową uderza dłonią, żeby korek wyskoczył.

— Macie i wy, chrabąszcze.

— Nie dawać im.

— Niech piją: nic!

Krzyk rozpycha gardło, rani tchawicę — wydziera się w tę noc.