Zagłuszał się — zmagał.

Zaułek, czarna sień — kwadrat stęchlego podwórza. — Uderzył w drzwi. — Haczyk z wewnątrz odskoczył...

— Eee...

Odkręcił knot lampki, płomień z sadzami buchnął w górę.

Zatoczył szerokim ruchem półkole. Wybełkotał:

— To bogactwo moje.

Nora straszna, gdzie musi żyć zbrodnia.

Tknął palcem w powietrze:

— No, ta moja, a ta twoja, albo ta moja, a ta twoja... Utyka, ale to nic: zatańcować można.

Patrzę w jego oczy zamglone, szklane, nieprzytomne, zbielałe.