Nieludzką siłą opanowałem krzyk bladego przerażenia... Utkwił klinem stężałym: ani przełknąć, ani wykrztusić.

— Janek... Janek... Janek, ty świnio... Co?... Ja ci mówiłem... Ja ci mówiłem, że kwaśna zakąska... Ja ci psiakrrr... mówiłem.

Siedzą obie na nędznym łóżku, nieme i nieruchome... Czarny śnieg sadzy płatami fruwa w powietrzu.

Trzymam go za rękę... Wpijam się pazurami... Tracę moc pogromcy... Zmagamy się wzrokiem.

Tupnął nogą.

— Tyyyyy...

Twarz mu dygotała.

— Ty myślisz, że ja drań... Ty... Ja ciebie...

Sięgnął chorym ruchem ku cholewie.

— Ja ci bebechy...