— Niech się pan nie boi: on ma ciężką chorobę... Żeby nie to, to mógł pana dźgnąć... On od wczoraj już breweriował.
Chory prężył się i rozkurczał — pluł pianą gęstą. — Szedł od niego zgniły smród.
— Trzeba go rozebrać... Niech pan pomoże... Bo to nasz stryj.
Koszula jej się rozwarła: zobaczyłem pierś dziecka, pełną sińców. Starsza mogła mieć lat trzynaście; utykała: gruźlicze zapalenie stawu biodrowego.
Gdybym ujrzał w lustrze własną twarz, tobym się przeraził... One nie jego, ale mnie się bały.
— Idź pan sobie — iiidź.
Jeszcze się odwróciłem... Bił głową o podłogę. One w kucki przy nim.
— Fela, trzymaj głowę.
Wyszedłem.
Na ulicy stanąłem pod murem...