Kto to?!... Czy on musiał?

— Nie chcę — boję się... Tak — to on.

Boże, ratuj mnie. Boże, wysłuchaj kornego sługi Swego... Boże, zmiłuj się nade mną.

Zdrowaś Maria... Boże!... Błogosławionaś... Ja nie chcę!... Boże!... Jezus Maria!... Ja nie — nie — nie!...

Poczwara toczy się ku mnie, przelewając na krzywych i anemicznych nogach — miękka, wilgotna i pulchna. Na wzdętym brzuchu wystaje brunatny pępek; piersi kobiece, obwisłe. Długie palce bez paznokci — jak macki. Twarz biała, zmięta. Niskie na centymetr czoło; nad nim białorude, twarde, ulizane, tłuste włosy. Z płaskiego nosa sączy się brudna, śmierdząca posoka. W oczodołach dwa mętne, wypukłe, zielonawoszare, bez powiek — wrzody.

Poczwara ma wyraz pożądania.

Zbliża się, kołysze na rachitycznych nogach.

Czuję już słodki, zgniły oddech upiora. Już jest przy mnie. Już mnie opasuje — zagarnia.

Jedną ręką odpycham, a drugą biję w piersi i w brzuch. Wewnątrz poczwary coś przelewa się i bulgoce. Jeśli ustanę, ona przyciśnie mnie do siebie i całować pocznie.

Stoi spokojnie — bez ruchu — patrzy się jądrami wrzodów ciekawie, pożądliwie — i uśmiecha się idiotycznym uśmiechem, sytym i lubieżnym.