Gdyby nie te oczy, mętne wrzody, i nie ten uśmiech — ja bym zmorę zmógł.
I plunąłem jej w oczy, i drugi raz — w twarz.
I stała się rzecz straszna: zrozumiała!
Z wrzodów-oczu snują się łzy: cichy jęk, a na białych policzkach — sina plama rumieńca wstydu.
I męka targnęła trzewiami moimi.
— Przebacz — wołam. — Już teraz wiem!
Więc poczwara niewinna, tylko tak być musi...
He, he! Jeden człowiek majaczy, a drugi i ten sam zarazem — błazen i sprawozdawca w jednej osobie — powieść chce o błaźnie napisać.
He, he!...
W stajni cyrku stoi koń osiodłany; przy nim woltyżerka. Ubrana w trykoty, w kołpaczku na bujnych włosach, z lśniącą przepaską; tyle mieniących się blaszek.