Śmieje się przykrym, nieprzytomnym śmiechem.

— A to jest Stare Miasto: to jest rozpusta, nędza i ciemnota. A my tutaj zaraz: tu otwarte. Ja panu mówię, że otwarte.

Zadzwonił do bramy domu.

Czarna sień. Drzwi niskie.

Izba brudna. Przy stole siedzi ośmiu mężczyzn różnego wieku. Izba tonie w kłębach gryzącego dymu.

— Oto dno pieczary: tu pan ujrzysz upadek i nędzę moralną — i zrozumiesz pan prawdziwą filozofię.

— Artysta, nie małpuj no! Postaw co lepiej. Te, fater111: dziesięć białych112. Góral113 płaci. Pan nietutejszy?

— Ja? A tak: nietutejszy — zupełnie nietutejszy. Ja, widzicie panowie — ja nie wiem, jak to powiedzieć, to jest ja nie wiem, czy mnie panowie zrozumiecie?

— Co nie mamy zrozumieć: my wszystko rozumiemy.

W twarzy jego przebiegłość i złośliwość.