Zatoczył ręką koło.
— Widzi pan te domy? Takich domów jest miliony i miliony. — A kto w nich mieszka? — Ludzie. — I o czym myślą? O szczęściu. — A co będzie za pięćdziesiąt lat? Domy. A co w tych domach? — Ludzie. — I o czym będą myśleli? — O szczęściu. — A co będzie za sto lat? — Domy. — I o czym w nich będą myśleli? — O szczęściu. — A co będzie za dwieście lat? — To trzeba rozumieć filozofię i życie.
Dwa szeregi latarni i dwa martwe szeregi domów z czarnymi kwadratami okien — ciągną się w dal bez końca.
— Widzi pan ten pomnik? To jest Kopernik; to jest światło, nauka i wiedza. A to jest znowu kościół i krzyż — to jest wiara. A między tym jest ulica; — cooo? — Ja jestem szczery katolik. Ładna sztuczka magiczna — prawda?
Przeżegnał się, pochylił głowę, zgarbił i szedł bezwładnym, automatycznym krokiem.
— A to jest znów uniwersytet: to są akademicy i studenci — to są doktorzy i inżynierowie. — A to są znowu pałace i arystokracja. A to znowu — „Bristol”110 — to jest technika i przemysł. Ja panu wszystko mogę wytłumaczyć, tylko niech pan patrzy i słucha.
Przystanął.
— A oto pomnik rodaków dla Adama, który był twórcą; to jest serce i poezja, i szczyt na wyżynach — najwyższy szczyt.
I stał tak z odkrytą głową, zgarbiony, pokorny, w łachmanach, a ciężkie krople deszczu, spadając na woskową czaszkę pijaka, lśniły w gnuśnym świetle latami ulicznej.
— A to jest znowu „res [sacra] miser”, co znaczy: „kochaj bliźniego”. Pan mnie powinien zrozumieć.