Twoje łono — gwiazdy dwie.
Uszczypnął przechodzącą dziewczynę.
— Won, ty pijaku!...
— Cooo? Coś ty powiedziała?... Chodź tu, psiawiaro, słyszysz?... Chodź tu, niewolnico, kiedy męż... czy... zna ciebie woła... Rozumiesz, psiakrew — męż... czy... zna — ja — męż... czy... zna.
— Zostaw ją pan.
— Pan się za nią nie ujmuj... Pan myśli, że kobieta — to co? Ona wiedziała, że nie mam rubla, to mi powiada: won... Ja wiem — ja wszystko wiem — ho, ho!... Honor to rubel — miłość to dwa ruble, a cnota i wierność, oho, ho! — to już całe sześć złotych groszy dwadzieścia... Ja nie mówię: niech sobie będzie, jak jest — ale to panu powiem.
Przystanął — oparł się o latarnię ciężko, bezwładnie.
— Niech pan sobie to tylko zapamięta: że dusza ludzka może być sobie jaka chce — choćby robaczywa, choćby zgniła, choćby najgorsza — byle tylko nie zaśmierdła — bo wtedy już nic nie pomoże — wtedy już wszystko przepadło i wszystko zginęło.
Idziemy Nowym Światem.
— O, widzi pan: przejechała dorożka na gumach i obryzgała nas błotem. I o tym już pisały i gazety, i wszystkie pisma. A jak dorożkarzowi dadzą rubla, to on jedzie. Pan rozumie: rubla? — To się z tego trzeba śmiać i płakać — i to się nazywa Sodoma. A ja właśnie jestem ten słup soli, który na wszystko patrzy. Bo niech pan tylko patrzy.