Oto Kopka-sierota, chcąc się odwdzięczyć za przytułek i opiekę, umyślił zrobić im niespodziankę, w tajemnicy narwał świeżych gałęzi, przykrył od góry suchymi i ciągnie z lasu swą kontrabandę. Ale na granicy celnej koło polanki odbywa się, jak wiadomo, rewizja.
Zaaresztowano Kopkę.
— Dla kogo wiozłeś gałęzie?
— Dla Bartyzka, Pogłuda i Dąbrowskiego.
Żelazny paragraf trzeci statutu głosi:
„Szałasy wolno budować tylko ze suchych gałęzi znalezionych w lesie; każdy szałas, gdzie by się okazały świeże gałęzie, zostanie zniszczony”.
Wyraźnie powiedziano: „Szałas, gdzie by się okazały świeże gałęzie”, a Kopka wiózł je dopiero, w drodze został aresztowany, w tajemnicy przed odpowiedzialnym właścicielem je zrywał; i przecież Kopka nie jest zupełnie mądry, bo dziesięć dni na głowę chorował, kiedy go kijem uderzono. Gdy doszło do sprawy, adwokat wdzięczne miał zadanie, o zburzeniu szałasu mowy być nie mogło i Kopkę nawet uniewinniono: toć chciał się biedak przysłużyć, odwdzięczyć.
Ale Bartyzek, jak na eksdiabła przystało, porywczy był; jak się mówi: w gorącej wodzie kąpany.
— Kiedy ma być szałas zburzony, to go sami zepsujmy, bośmy go sami budowali i pracowali.
Dopiero później, jak niektórzy twierdzili, łzy miał w oczach, ale się nie przyznawał: