Ale mama Olka nie ma na świecie nikogo — nikogusieńko, a teraz, kiedy Olek wyjechał na kolonie, mama jest już zupełnie sama — samiusienieczka jedna na świecie. Mama szyje koszule, tak długo w noc szyje; kiedy się Olek tylko obudzi, zawsze widzi, jak mama siedzi i szyje. Mama jest taka dobra i taka biedna, i nie ma nikogo, ale to nikogo na świecie.

Olek płacze, a każda łza Olka jest tak święta, jak gdyby w każdej łzie Olka był krzyż, a na krzyżu Chrystus bardzo smutny.

Prawda, że trzeba się starać, aby Stefkowi, Wackowi, Olkowi i wszystkim dzieciom dobrze, wesoło było na kolonii?

Toteż się starają panowie, a nieocenione zasługi w tym względzie położyło Towarzystwo Opieki nad Tymi, Którzy Nikogo Nie Mają.

Siedzibą Towarzystwa jest szałas Bartyzka, Pogłuda i Dąbrowskiego na Łysej Górze.

Co parę dni zapytuje pan chłopców, czy wszyscy już mają przyjaciół, z którymi razem się bawią; bo zdarzyć się może, że ktoś jest nieśmiały albo nie lubi biegać i dokazywać — i dlatego unika znajomości, i nudzi się, choć wokoło tyle wesela i śmiechu.

I tymi właśnie, którzy nikogo nie mają, opiekowało się Towarzystwo — tam znalazł przytułek Kopka-sierota.

Właściwie Kopce zawdzięcza Towarzystwo swe powstanie.

Karolek Kopka jest trochę głupi, jąka się i czasem mdleje. Ojciec jego jest stróżem, matka dawno umarła. Kopkę biją w domu; raz uderzono go w głowę, dziesięć dni chorował, a kiedy wyzdrowiał, zaczął się jąkać i nie był już tak mądry jak przed chorobą.

I dlatego na kolonii nie bardzo chciano się z nim bawić.