Nie słucha, o czym rozmawiają. Dobrze, że dali mu spokój.

— Wolę go wziąć do domu — mówi ojciec. — Mam go jednego. Czy ciężko chory?

Potem znów.

— Wezmę taksówkę i ostrożnie powiozę. Bardzo państwa proszę.

Mówi doktór:

— Pan dba o niego, a on uciekł z domu. Pewnie zbroił i miał dostać baty.

— Nie, ja dziecka nie biję. Chyba go chłopcy namówili. Tyś uciekał, synku?

Kajtuś drżącą ręką gładzi ojca po twarzy.

— Wody!

Napił się.