Chce zasnąć.

— Wstawaj. Czas do szkoły.

— Mhm.

— Prędzej. Bo się spóźnisz.

Wstał. Ułożył książki i zeszyty.

Pożegnał się. Wyszedł. Ojciec się gniewa.

Za parkanem składu desek wywołał sobowtóra. Przykro mu się zrobiło — dziwnie jakoś. Taki sam, jakby w lustro patrzał.

Idą obok siebie. Milczą. Zatrzymali się przed sklepem. Jakaś pani idzie z panem. Też stanęła — spojrzała.

— Patrz, jacy podobni. Czy wy, chłopcy, bliźnięta?

— A co pani do tego? — mruknął Kajtuś.