Cztery dni i cztery noce spędził Kajtuś w swoim zamku na wyspie. Raz był tylko w mieście.

Klasnął w ręce — ukazała się motorówka. Wsiadł, włożył czapkę niewidkę. Ale niedługo bawił. Wrócił do siebie. Woli w swoim ogródku. Altankę dodał, kazał ptakom śpiewać. Ma psa, króliki, jeża (jak Robinson). Zniżył mur, żeby mu nie zasłaniał widoku; po co mur obronny, gdy nikt nie zaczepia? W pokojach też zmienia, poprawia, przestawia. Myśli, jaką na wieczór zgotować nową niespodziankę, co urządzi w niedzielę.

Czyta Kajtuś, bo ładne ma książki; ale raz w raz89 książkę odkłada, bo różne myśli mu przeszkadzają.

Kiedy i gdzie pierwszy raz się ukaże? Czy na wyspie, czy na zamku, czy balkonie teatru, na placu, czy w ratuszu, czy w defiladzie przez ulice miasta?

Co powie, jaką wygłosi mowę?

Mowa będzie krótka.

Przeprosi za wszystko, co zrobił, gdy był lekkomyślnym chłopcem: niech każdy powie, jakie poniósł straty i co żąda za to.

Zagrozi wrogom Polski, gdyby przez zazdrość chcieli napaść albo wyrządzić krzywdę.

Niech będą cierpliwi. Postara się Kajtuś i będzie dobrze...

Dziwi się, że gazety nie piszą o nim. Jakby zapomniały albo nie wiedziały.