„Może to trochę śmieszne, jak się ktoś złości. Ale nie wszystkie się złoszczą, czasem tylko smutne odchodzą. Źle, brzydko, nieludzko śmiać się z czyichś łez. Ile to głupstw robi człowiek z braku zainteresowania”.
Stoi Kajtuś przy oknie i patrzy, jak iskry lecą. Takie złote wężyki, rybki ogniste, cały deszcz gwiazd. A za nimi czarne wały lasów.
Parowóz gwizdnął. Zosia się poruszyła. Mama powiedziała cichym, dobrym szeptem:
— Nic — nic. Śpij, maleńka.
Kajtuś przypomniał sobie dom i rodziców. I sobowtóra.
„Nie wiedzą. Nie domyślają się”.
A on coraz dalej. Czy na długo? Może na zawsze? Może go wyśledzą, może go nagle opuści czarodziejska siła w ważnej godzinie?
Patrzy Kajtuś na czarne pola.
„Jak dawno już z nikim nie rozmawiałem. Pewnie dlatego muszę być samotny, że jestem czarodziejem”.
Odwrócił się nagle od okna i zapytał: