— Nie wiem. Może mama będzie wiedziała. Może nam Andrzej powie. Przepytamy się chłopców ze wsi.

Zupełnie inaczej niż w szkole, zupełnie inaczej niż na wycieczce przyrodniczej.

Ani razu nie powiedziała, że coś jest nieważne albo głupie; nie dziwiła się, że duży Kajtuś tego nie wie, nie mówiła, że przecie powinien już wiedzieć.

No właśnie: cały dzień spędził Kajtuś jak na lekcji przyrody. Do obiadu i po obiedzie. Zapomniał nawet o swoim ogródku na wyspie.

Wieczorem mama oddała Zosi klucze.

— Jadę jutro do miasta. Mam parę spraw w urzędach. Wrócę późno. Musicie mnie zastąpić i Andrzeja.

Objaśnia mama, co ma sama załatwić w mieście, co ma zrobić Zosia. Nawet radzi się z Zosią, zupełnie jak z dorosłą osobą. Bo są właśnie tacy ludzie, którzy szanują i ufają dzieciom99 — i Kajtuś najlepiej ich lubi.

Toteż przykra, ciężka i smutna była rozmowa z mamą Zosi dnia następnego.

— Chodź, chłopcze, do gabinetu.

— Siadaj.