— Biorę go do Ameryki za dziesięć tysięcy dolarów.

— Ja daję sto tysięcy — woła drugi opasły jegomość.

— Przychodzę złożyć powinszowania w imieniu klubu bokserów.

— Kosz kwiatów od pani markizy.

Pan z lornetką rozpycha tłum.

— Proszę mnie wpuścić do pokoju małego boksera. Jestem z ajencji110 telegraficznej. Muszę napisać do gazet, skąd się wziął, kto on taki.

Portier kłania się nisko, niżej i aż do samej ziemi.

— Przepraszam. Nie wolno. Przepraszam. Nie pozwolono. Przepraszam; dziś nie.

— Ależ moje gazety muszą wiedzieć. Moi czytelnicy nie mogą czekać.

Wychodzi przed hotel sam dyrektor cyrku.