Nareszcie. Film Dziecko garnizonu — skończony. Wieczorem odbędzie się bal dla gwiazd filmowych i redaktorów gazet. Scena, kiedy małego szpiega prowadzą na śmierć, a żołnierze płaczą — wypadła świetnie. Dyrektor wytwórni dziękuje Kajtusiowi.
— No dobrze już. Jestem głodny. Chodźmy już do domu — mówi Kajtuś.
Zajechał samochód. Reżyser pomaga Kajtusiowi wsiąść. Niepotrzebnie wcale: może przecież sam. Sekretarz siada obok Kajtusia.
Szofer rusza.
— Czy zapłacili? — pyta Kajtuś.
— Zapłacili. Wczoraj odesłałem ostatnie już dwadzieścia tysięcy dolarów, które byłeś winien dyrektorowi cyrku. Jutro podpiszesz umowę na nowy film: Guliwer u olbrzymów.
Kajtuś ziewa. Patrzy leniwie na domy i ogrody, niechętnie odpowiada na ukłony. Kłaniają mu się, znają go tu. Takie nudne: ciągle zdejmować kapelusz i jeszcze się uśmiechać.
Nie będzie jadł obiadu.
— Mówiłeś, że jesteś głodny.
— Więc co, że mówiłem? Tak mi się podobało.