— Milcz! — przerwał Kajtuś porywczo. — Nic nie ma pięknego ani wesołego. Kłamiesz.
— Prawdę mówię.
— Kłamiesz! Złe, marne, podłe psie życie. Wolę być nawet najnieszczęśliwszym człowiekiem.
Nie chce się Kajtuś przyznać, że uczuć podobnych doznaje. Nie oczami, ale węchem poznaje teraz świat i jego obrazy. Biegnąc, spotyka znajome i obce, ciekawe wonie. Czujnie zwraca nos to w tę, to w tamtą stronę, strzyże uszami na dalekie dźwięki.
Może pies zna ten świat inaczej, ale nie gorzej? Może nie tylko czuje, ale i rozumie? Nie — nie! Nie zdradzi Kajtuś dumy człowieka — bo hańbą jest zostać psem.
Głodni. Ani chleba, ani człowieka.
Zapachniała zwierzyna — Kajtuś skręcił w las, węsząc pilnie. Znalazł jamkę pod krzakiem. Wysiłkiem woli wstrzymuje się, by nie zacząć grzebać łapami ziemi, rozszerzyć jamę, dostać się do młodych zajączków. Przywarł nosem do nory. Warknął raz i drugi i pędem wrócił na drogę.
Coraz głodniejsi, już nie biegną; idą milcząc do późnego wieczora.
Nareszcie spotkali człowieka.
Wlecze się starowina, postękuje, niesie na plecach wiązkę gałęzi.