— Już śpi. Zaczynamy.

Starannie umyli ręce lekarze. Obłożyli pierś rannego serwetami. Ciął chirurg skórę nożem. Gdzie ukazuje się krew, zaciska broczące miejsce pincetą. Młody lekarz pomaga, drugi podaje narzędzia. Nikt nic nie mówi, a rozumieją się. Każdy w porę rękę usuwa. Krają i szyją żywego człowieka, a on śpi.

Nie czary — wiedza.

Wszedł niewidzialny Kajtuś na salę szpitalną.

Dwa rzędy łóżek.

Ten jęknie, ten zakaszle, tamten zagada.

Nagle śmiech w rogu przy ścianie.

Chłopiec siedzi na łóżku, śmieje się i opowiada przygodę.

— ...Jak już mnie ten tramwaj przejechał, zacząłem uciekać. Bo policjanta zobaczyłem. Ze strachu nie bardzo bolało. Byłbym zwiał, ale mnie ludzie zatrzymali. Mówią: „Patrz, głupi”. A już z buta chlusta krew — i cieeepło w nogę, ale jeszcze nie boli. Dopiero zanieśli mnie do sklepu.

— Nie trzeba ci było skakać do tramwaju.