Usiadłem w swoim kącie i lekcje odrabiam. Ale się boję, że któryś z chłopaków przyjdzie i znów się zacznie:

„Idź, buty drzyj, już twoi koleżkowie cię wołają!”

Przecież tylko dlatego chciałem być dzieckiem, żeby bawić się znów z kolegami.

I nawet zgadłem, bo ktoś zastukał, ale cicho i tylko raz. A mama usłyszała.

— Żebyś się nie ważył wychodzić! Lekcje rób!

Ano, robię. Nie mam nawet ochoty iść.

I tak mi się zdaje, że siedzę sam jeden w polu, a tu noc i mróz, i jestem sam jeden, i boso, i głodny. I wilki wyją. I zimno. I strach. I już cały drętwieję.

Dziwny jest człowiek. Albo mu wesoło, a tu nagle smutno.

Nie wiem na pewno, ale mi się zdaje, że dorośli częściej bywają źli niż smutni. A może w cichości się smucą dla siebie, a na dzieci się złoszczą. Rzadko bywa, że o nauczycielu mówimy:

„Pan był dziś smutny”.