My wiemy, co znaczy: boli.
(Jakiś doktór53 półgłówek wymierzył, że dzieci w zakładach karnych mniej czują. Ja bym zmierzył jego wrażliwość i wsypał54 pięćdziesiąt batów, bo wstyd, że takie prace uczone pisze Polak i lekarz).
Siedzę tak sobie i rozmyślam, co dawniej wiedziałem i co wiem teraz. I coraz większy żal mnie ogarnia, że my tacy mali i słabi. A najbardziej żal Mundka, że ma ojca pijaka.
Ano, już chyba będę jego przyjacielem. Jemu źle i mnie. Niech będzie braterstwo. I przez niego cierpię teraz, bo przez niego się na obiad spóźniłem.
I tak mi się w oczach ciepło zrobiło i prędko odsunąłem zeszyt, żeby nie kapnęło na zadanie. Ale nie: tylko do nosa wpłynęły, nie spadły.
A tu Irena podchodzi. Stanęła z daleka i patrzy. A ja na nią bokiem, bo nie wiem, czego chce. A ona stoi i nic nie mówi, potem krok bliżej i znów nic nie mówi, tylko stoi. Ja czekam, a ona coś trzyma i z ręki do ręki przekłada. Wiem, że się stanie coś dobrego, i tkliwość wchodzi do serca. Cichutko się zrobiło we mnie. No i podaje mi Irenka toto. Chce mi podarować szkiełko szlifowane, że jak się przez nie patrzy, wszystko widać w różnych kolorach. Prosiłem wczoraj, nawet patrzeć nie dała, a teraz mówi:
— Masz. Na zawsze.
Czy powiedziała „masz”, nie wiem, bo nie słyszałem. Bo tylko usłyszałem:
— Na zawsze.
Tak cichutko, delikatnie, przyjemnie, wstydliwie.