Nie chciałem wziąć, bo da, a potem się pokłóci albo pożałuje i odbierze. Jeszcze się poskarży, że sam wziąłem. Bo z małymi dziećmi trudno się porozumieć, bo dorośli nam przeszkadzają. Jak oni się wyśmiewają i dokuczają, że my mali, to my — z jeszcze mniejszych. Przecież ładniej powie małe dziecko „na zawsze”, a my się z nich wyśmiewamy. Więc nie chciałem wziąć, bo nie ufam, boję się, że będę miał przykrość. I wziąłem, patrzę, a tu zamiast jednego okna, dużo okien — i różnokolorowe.
I mówię:
— Oddam ci.
A ona:
— Nie tseba.
I położyła małą rączkę na mojej dużej ręce. Patrzę na jej rękę przez szkiełko — i uśmiechnęliśmy się do siebie.
A tu mama się pyta, czy skończyłem lekcję, że mi da na tramwaj, żebym pojechał do ciotki, żeby suknię odnieść, co ją mole pogryzły. A ja, rozżalony na dom, myślę sobie:
„Dobrze, że przynajmniej trochę w domu nie będę”.
— Tylko nie zgub — mówi mama.
Pomyślałem tylko: