Więc wychodzę przed bramę i patrzę, czy Mundek nie idzie. Ale nie.

Woda pozamarzała. Już chłopcy wyrabiają ślizgawkę. Żeby wyślizgać na gładko. Z początku mały kawałek, a potem coraz dalej — i już wszyscy mogą się ślizgać.

Przystanąłem, ale nie. Idę dalej.

I zamiast Mundka spotykam Wiśniewskiego. A on:

— Te, trypsztyk, jak się masz?

Nie zrozumiałem najprzód59, czego chce. Dopiero sobie przypomniałem, że daje mi nowe przezwisko. Od tego rysunku wtedy. Że tryptyk narysowałem.

Mówię:

— Odsuń się.

A on staje na baczność, salutuje i mówi:

— Rozkaz!