I odpędził. I jeszcze nie chce. Mówi:
— Jak was tu tyle i każdy mi zacznie psy z ulicy znosić?
— Proszę pana, tylko na parę godzin. Ja go zaraz wezmę do domu.
— Akurat ci pozwolą.
Mówię:
— Pójdę na tę ulicę, może się kto przyzna do niego.
Podrapał się w czoło, a ja myślę „dobrze”.
Jeszcze marudzi:
— Mało tu mam z wami — powiada — jeszcze z psami.
No i wziął. Ludzki człowiek. Ten z pierwszego piętra by nie wziął — jeszcze by nawymyślał.