— Po coś go brał — cudzego psa?
— On bezdomny. Łapkę ma przetrąconą.
— No i gdzie ja go schowam? Po coś go ruszał? Może on tam miał kogo?
— Nikogo — mówię. — Wszystkich się pytałem. Jakby miał, toby go w mróz z domu nie wyganiali.
A on:
— Parszywy może jaki.
— Co też pan mówi! Bielutki.
Niby się obraziłem, a cieszę się, bo jak weźmie do oglądania, to zatrzyma.
Ale już któryś zobaczył, więc prędko go pod kapotę. A pan woźny mówi mu:
— Odejdź. Patrz, buty masz zaśnieżone.