I nauczyciel jaki usłyszy. A trzeba w tajemnicy. A ja tyle czasu niepotrzebnie straciłem, więc prędko pakuję go nie pod palto, ale pod kurtkę, już nawet nie zważam, że mu będzie duszno. I pędem do szkoły. Bo pan woźny na pewno się zgodzi. Pożyczę od kogo i dam na mleko dla mojego Łatka.

Łatkiem go nazwałem.

Pędzę tak, a on się już zupełnie rozgrzał. Przez koszulę — tak go sobą zagrzałem — i dopiero się zbudził, i zaczyna drapać, kręcić się, aż nosek wyścibił i szczeknął — nie szczeknął, ale mruknął — taki głos wydał, że mu dobrze i że dziękuje. Z początku zimno od niego szło mi w piersi, a teraz już on mnie grzeje. Jakbym dziecko tulił. Nachyliłem się i pocałowałem, a on oczy przymrużył.

Dopiero ja od razu do woźnego:

— Proszę pana, niech pan go schowa! Taki był zmarznięty.

— Kto zmarznięty?

— On.

Zobaczył, że psa trzymam. Zrobił się markotny.

— A ty skąd go wziąłeś?

— Z ulicy.