A Łatek się wyrywa i nawet nie rozumie, że to jest rozstanie. Potem dopiero oparł mi się łapkami na piersiach i niby wesoło macha ogonkiem (z tą czarną kitką) — i patrzy — — — prosto — — — w — — — oooczy!

Aż mi się łzy zakręciły.

I dopiero — — — liznął mnie w same usta. Że przeprasza.

I ja go przytuliłem ostatni raz!

Aż Mundek leciutko pociągnął mnie za kieszeń.

— No już chodź.

I prędko poszliśmy, i nawet się nie obejrzałem.

Mundek przez całą drogę mówił o gołębiach, królach69, o srokach, jeżach. A ja tylko jakie słowo wtrąciłem. I droga do domu przeszła niepostrzeżenie. Bo jest tak: niby godzina na zegarze zawsze taka sama, ale w człowieku jest jakby inny zupełnie zegar, inaczej zupełnie pokazuje. Czasem godzina przeleci, ani się spodziejesz, czasem wlecze się, że już chyba nigdy nie skończy. Czasem ledwo wejdziesz do szkoły, już dzwonek i powrót do domu. A jeżeli się źle powiedzie, czekasz, zanim się cały ten kram skończy, i wychodzisz jak więzień, i nawet już sił nie ma, żeby się cieszyć.

No i żegnam się z Mundkiem, ale coś mnie skusiło, że się pytam:

— A czy twój stary urżnął się wczoraj znowu?