Innym razem pewnie bym się wstydził i nie chciał, ale teraz nikt przecie mnie nie zobaczy. Zacząłem się bawić. Z początku zacząłem żartować, żeby było więcej śmiechu. To przykucałem, że jestem malutki, to kulałem, że mnie noga boli. I chciałem panią wypróbować, czy nie zacznie się gniewać. Bo jak co, mogę przecie odejść. Ale pani też się śmiała, więc już się naprawdę bawiłem.
Malcy byli zadowoleni, każdy chciał ze mną, żeby trzymać za rękę. No, nie każdy, bo niektóre się wstydziły, że mnie nie znają. A najdumniejsza była Irena, że ma dużego brata. I już zaczęła rozporządzać:
— Ty tak, ty tu.
Myśli, że jak co, będę jej bronił.
A ja powiedziałem, żeby się uspokoiła, bo sobie pójdę.
Mali mają taki zwyczaj. Jeżeli wie, że mu starszy przyjdzie na pomoc, pierwszy zaczepi, a potem ucieka, żeby go brat bronił dopiero. A brat, jeżeli łobuz, sam chętnie się pobije, a tu nic przecie nie ryzykuje, bo jak co, on jeszcze szlachetny:
„A po co małego uderzył? Musiałem brata bronić”.
Sam nawali77 kochanego braciszka cztery razy więcej, ale teraz — on kochający brat i opiekun.
A znów porządny nie chce, a musi się ująć, choć wie, że malec nie ma racji, bo się boi, że za małego przed rodzicami będzie odpowiadał.
Więc pani miała jakiś list napisać i mnie z malcami zostawiła, a oni się słuchali, a pani była w drugim pokoju.