Tylko jeden cały czas przeszkadzał. Bo później im bajkę o kocie w butach opowiadałem, a mały szczeniak umyślnie przeszkadzał. To tak już złości, że nie wiem.
Więc idziemy z Ireną do domu, a tu mi coś w kieszeni bocznej brzdęknęło. I znalazłem dwa grosze. Żeby więcej, tobym zostawił dla Bączkiewicza, a tak to nie warto — i dałem Irence. Ona też, jak co ma, dzieli się ze mną.
Czasem wezmę, czasem nie. Bo jak co wziąć od małego, zaraz się nazywa wymanić78. Bo tak już jest, że za złego zawsze odpowiada porządny, który nic nie winien.
Gdyby można coś zmienić (ale nie wiem, co) toby nasze dziecinne życie naprawdę było miłe. Mało nam, dzieciom, potrzeba do szczęścia, a i tej troszki nie mamy. Niby dbają o nas dorośli, a źle nam jest na świecie.
Idę i przyjemnie mi małą za rękę prowadzić. Więcej uważam, jak iść, wybieram lepszą drogę. I czuję się starszy, silniejszy. I rączka taka mała i gładziuteńka, jakby atłasowa. I paluszki małe. I aż dziw, że raz to samo małe dziecko lubisz, a raz nienawidzisz.
Jeden cukierek zjadła, a drugi mnie kazała. Nie chciałem, ale zjadłem, a ona patrzy i śmieje się, że poczęstowała.
Przyjemnie czasem coś dać ze swego, ale nie zawsze tylko brać i brać od starszych. Nieprzyjemnie, kiedy się dorosłemu chce podarować, a oni nie biorą albo dadzą coś innego, co więcej warte. Zaraz zapłata. Poniżony się wtedy człowiek czuje jak jaki żebrak.
Żeby można było tak świat urządzić, żeby wszystko było wzajemną wymianą przysług. Kiedy byłem smutny, Irena dała mi szkiełko, ja jej kupiłem cukierki, ona dała mi jeden. Cały łańcuszek dobrych przysług.
I wróciliśmy do domu. I wchodzimy. I ciocia była u mamy. I ciocia mówi:
— Ooo, już prowadzą się twoje cielęta.