Ta obawa, żeby się nie stać pośmiewiskiem, tak człowieka onieśmieli, skrępuje, zwiąże, że ciągle niepewny, a im się bardziej wystrzega, tym łatwiej coś niestosownego zrobi. Zupełnie jak na lodzie: ten się najwięcej przewraca, kto się najwięcej boi.

„No, jutro musimy zrobić sanki” — pomyślałem i zasnąłem.

I ledwo zasnąłem, a tu mnie już budzą, że trzeba wstawać. Spałem kilka godzin, ale mi się zdawało.

Przecieram oczy przy śniadaniu, a jeść mi się nie chce, a ojciec mówi na próbę:

— Może byś do szkoły nie poszedł?

Myślał, że się ucieszę, że można. Bo potem mówi:

— Zabawa — zabawą, a szkoła — szkołą.

Uważnie przeglądam teczkę, żeby czego nie zapomnieć — pióra albo czego. Bo jak się jest zaspanym, trzeba się pilnować. Ale nie. Idę.

No i idę. A myślę sobie, że jadę do Wilna. Jadę całą noc. Iskry88 za szybą lecą — ogniste gzygzaki.

I w drodze do szkoły, i na lekcjach myślałem o tej podróży. I na drugiej godzinie spać mi się zachciało, i zapomniałem zupełnie, że w klasie, i zaczynam nucić, cicho — ale śpiewam pod nosem.