— Idź na miejsce. Masz dwójkę.
A Wiśniewski się pyta:
— Czy ma iść na miejsce do ławki, czy do kąta?
Idę i nie mogłem się powstrzymać, bo Wiśniewski naumyślnie wystawił łokieć w przejście, więc go pchnąłem. A on jak nie wrzaśnie z całej siły:
— Czego się pchasz?
Świnia. Bał się, że pani nie zauważy. A pani się zawahała, czy dalej nade mną się znęcać, czy jego ukarać.
I już się zaczął w całej klasie niepokój. Jak siedzą cicho, to cicho, a jak się zacznie z jednym, to zaraz — uwagi, przedrwinki, żarty, śmiech i rozmowy. Już wtedy trudno uciszyć. A za wszystko odpowiada pierwszy, który zaczął.
— A niech robią, co chcą.
Położyłem głowę na rękach i udaję, że płaczę. Tak często się robi. To najlepsze. Wtedy dają spokój. Ale nie płaczę, bo bardzo cierpię, bardzo jestem nieszczęśliwy.
Nagle pomyślałem: