— Wyjdźcie, chłopcy! Idźcie sobie polatać.
A on, ten bezwstydny, jeszcze się skarży:
— Proszę pani, chciałem wyjść, a on mnie nie puszcza.
Takie poczułem do niego obrzydzenie, że tylko splunąć.
— No, idźcie już, idźcie!
Przymrużył jedno oko, tak jakoś usta wykrzywił i jak błazen, szeroko rozstawiając nogi, wyszedł, a ja za nim.
Na podwórko już nie wychodzę, tylko czekam, żeby się pauza skończyła.
Podchodzi Mundek. Popatrzał chwilę — i cicho:
— Nie chcesz wyjść się pobawić?
Mówię: