Już nawet zmęczony jestem tym długim dniem, w którym tyle przeżyłem. Zjadłem kolację, chcę się do łóżka położyć najprędzej.

— Coś taki spokojny? — pyta się ojciec. — W szkole nabroiłeś?

— Nie — mówię — głowa mnie boli.

— Może dać ci cytryny? — mówi mama.

Umyłem tylko ręce i twarz, prędko się rozebrałem, leżę z zamkniętymi oczami.

Skończył się pierwszy dzień, kiedy znów jestem mały. Ileż było wszystkiego w tym jednym dniu! Tylko część zapisałem, co mi akurat podsunęło wspomnienie, co dłużej trwało. Jeśli biją w człowieka wrażenia jak wiosenna ulewa, czy może spamiętać i opisać wszystkie deszczu krople? Czy dadzą się zliczyć rozkołysane fale wezbranej rzeki?

Byłem Eskimosem i psem, ścigałem i uciekałem przed pościgiem, zwycięzca i niewinna ofiara przypadku, artysta i filozof — życie mi gra jak kapela. I rozumiem, dlaczego dziecko może być dojrzałym muzykiem, a gdy się wpatrzymy uważniej w rysunki i mowę jego, gdy wreszcie zaufa sobie i przemówi, a my przenikniemy jego odmienną a dostojną wartość — znajdziemy w nim mistrza uczuć, poetę, malarza-artystę. To będzie. Aleśmy jeszcze nie dorośli. Zbyt głęboko tkwimy w materialnym życiu.

Odbyłem dziś podróż do kraju śniegu wiecznego, zaczarowany w psa błyskałem kłami — i jeszcze — i jeszcze — i jeszcze.

Gdy się bawiłem z Irenką, lalka nie była lalką, ale ofiarą zbrodni, ukrytym trupem, którego obowiązkiem moim było wytropić. Gdy znalazłem, wziąłem ostrożnie jak zmarłą.

Lalka była topielcem, a ja rybakiem. Kołysząc się szedłem przez pokój. Rękami poruszałem jak siecią.