Obejmuję rękami za szyję, patrzę w oczy. I szybko chowam głowę pod kołdrą. Jeszcze słyszę:

— Śpij, synku.

Jestem znów dzieckiem i mama mówi mi: „synku”. Znów mówią mi „ty”. Znów szyby są przezroczyste, znów dywan odzyskał dawne, minione barwy.

Znów mam młode ręce, młode nogi, młode kości, młodą krew, młody oddech, młode łzy i radość.

Radość — łzy — i modlitwę młodą, dziecinną.

Zasnąłem. Jak po dalekim marszu.

Dzień drugi

W nocy spadł śnieg.

Biało — bielusieńko.

Tyle lat nie widziałem śniegu. Po tylu, tylu latach cieszę się, że śnieg, że biało.