Zgarną stróże w dwie strony po bokach ulicy, więc w środek, po kolana brodzisz w białym puchu.

Na Boga, potrzeba mi desek i gwoździ! Najkonieczniejszą rzeczą, jedynie ważną na świecie — poza tym nic nie istnieje — są własne, blachą podkute sanki! Co by tu rozbić, rozebrać, wyszukać, wyprosić — żeby mieć deski? I łyżwę, jeśli nie można dwóch, bodaj jedną. Sierotą się człowiek czuje bez łyżwy i sanek.

Oto białe troski nasze, białe pożądania.

Żal mi was, dorośli, żeście tak ubodzy radością śniegu, którego wczoraj nie było!

Wiatr zgarnął pokruszone gwiazdki z gzymsów, futryn, rynien i sypnął biały puder w ulicę. Biały, chłodny tuman. W górę, na dół, w zmrużone powieki, firankę białych rzęs.

Tylko ulica. Nie las, nie pole — ale biała ulica. Dziarski, młody okrzyk radości. Stać będą na dachach domów drobne ludzkie postaci, zrzucać łopatami na zagrodzone chodniki. A ty zazdrościsz, że wysoko, że spaść mogą, a nie spadają, że łatwa, miła, piękna taka praca: z wysoka ciskać śnieg — i przechodnie się usuwają, i w górę patrzą.

Gdybym był królem, rozkazałbym w pierwszy dzień prawdziwej zimy zamiast tysiąca dzwonków szkolnych dać z fortecy dwanaście wystrzałów armatnich na znak, że lekcyj36 nie będzie.

W piwnicy czy na strychu każdej szkoły są skrzynie, paki, deski.

Święto pierwszej sanny.

Zatrzymuje się tramwaje, zabroniony ruch kołowy. Nasze sanki, dzwonki obejmują miasto w posiadanie. Wszystkie ulice, place, skwery, ogrody. Białe święto dzieci szkolnych — dzień pierwszego śniegu.