Ma słuszność, że się nie poddał, bo oto w momencie ostatnim odsiecz mu przybywa. Otrzymujemy nagle grad kul w nie osłonięte tyły. I wymknął się w zamieszaniu, osłabiony, biały od stóp do głowy, ale niezwyciężony.
Albo jeden z trójki ostatnią w prędkości nie uklepaną kulę — garść sypkiego śniegu — wpakuje w usta lub wysmaruje twarz i zadrapie zabłąkanym kamykiem. Właściwie nie wolno, ale jakie tam w boju mogą być przepisy?
Albo ot tak, rozlecimy się nagle, nie wiedząc, z kim walczyliśmy i przeciw komu.
Pomieszali się ludzie i oddziały42. Migają twarze znajome, półznajome, widziane przelotnie i zgoła obce.
Zmagamy się nie z człowiekiem, ale z czasem. Każda chwila musi być wyzyskana — szkoda każdego ułamka sekundy. Każda chwila zużyta, wyciśnięta, wyssana do ostatniej kropli rozkoszy ruchu.
Oto obaj leżymy w śniegu. Ja w górze. I już umyślnie luzuję, żeby dać możność rewanżu, na chwilę leżeć pod nim. Na mgnienie. Zrozumiał. Zrywamy się obaj na nogi i biegniemy razem, trzymając się za ręce, lub w różne strony.
Jedyna ambicja: wyczerpać wszystkie możliwości sytuacji walki. Nachwytać i wchłonąć najwięcej wrażeń. Wstrząsnąć każdym włóknem mięśni i nerwów. Odetchnąć ostatnim zakątkiem płuc. Po tysiąckrotnie przerzucić przez serce twardą falę krwi.
Bo i my zdolni zatracić się w rozkoszy — nie szkarłatnej, ale białej. I nic nie będzie zapomniane. I w znużeniu następnej szkolnej godziny przetrawiać będziemy pojedyncze momenty pięknych chwil, mocnych wstrząśnień.
Dzieci rosną — wszak prawda? Ciało i duch ich wzrasta? Pragnąłbym dowieść naukowo, że w takie pauzy najbardziej. Żeby niezbicie przekonać.
Ano, dzwonek. Nie szkodzi. Jeszcze lepiej. Dzwonek dodaje rozpędu zabawie. Jak orkiestra żołnierzowi w marszu. Jeśli przed dzwonkiem może ździebełko szczędziliśmy siły, to teraz nie. Do ostatka, do dna, do cna — zupełnie już — wszystkie — okruchy sił — jak biały mazur43 — rzucić w ostatnią chwilę walki.