Decydująca, niebezpieczna, nieprzytomna chwila. Tu, gdy już nie ma rachunku czy zastanowienia, właśnie teraz — najczęściej tłucze się szyba, ginie zbyt mocno ciśnięta piłka, łamie się noga. Tu wywiązać się może nagle krótka, niespodziana, zacięta bójka, co to się bijesz — nie, że go nie lubisz, nie, że masz z nim dawne porachunki, ale że — dzwonek wzywa już do klasy. Nienaumyślnie pchnął lub uderzył, przed dzwonkiem byłbyś darował, nie zwrócił uwagi nawet, ale teraz, po dzwonku, poczułeś i nie darujesz. Sam się potem dziwisz i wstydzisz, i żałujesz. I współczują ci koledzy, i przykro im, że w porę nie zażegnali.

Bo szkoda, że się zepsuła taka piękna zabawa.

Piękna?

Jakże uboga jest mowa ludzka. Bo cóż powiesz?

— Ganialiśmy się. Było wesoło.

I już.

Gdybym był woźnym, dzwoniłbym długo — długo w takie śnieżne pauzy. Bo dopóki dzwoni, my tylko nie rozumiemy — odgłos dzwonka wprzęgamy do zabawy. Dopiero gdy zamilkł, w tej pierwszej po nim ciszy — zabawa już nielegalna — trwożna — nieobliczalna. Już łamią się szeregi, karniejsi się wycofują, dostrzegasz wahanie w ruchach, niepewność w oczach, tracisz ufność, wiarę, sam w sobie nie dość pewien — wiesz, że ustąpić trzeba, ale to przecie porażka, dezercja, zdrada.

Cisza, ale w nią lada chwila uderzy bicz drugiego dzwonka. I będzie za późno.

Biegniemy do sieni. Tam pewnie nas zatrzyma przezornie ten, kto odpowiada za czystość korytarzy.

— Nogi wycierać!