I tu właśnie ktoś ostatnią, twardą, mocno zbitą, na fest uklepaną — ostatnią kulę wymierzył w skłębiony przy drzwiach tłum. Czy ręka zadrżała, czy oko zawiodło, czy zatajona decyzja odwetu splątała kierunek — dość, że nie w nas, ale w okno.

Gdy znów będę dorosły, ja tę sprawę poruszę głośno, dobitnie; postawię ją na porządku dnia.

Ile szyb rocznie stłuc mamy prawo? Mówisz: ani jednej? Szaleństwo! Sam nie wierzysz.

Szkło ponoć wynaleźli jeszcze Fenicjanie. I przez tyle stuleci nie można było nic trwalszego? A cóż robią chemicy? I fizycy w swoich pracowniach? Czy istotnie nic innego nie można?

Niech się szyby nie tłuką. Ich wina, nie nasza. Czemu mamy nagle zastygnąć, znieruchomieć w grozie? Czekać na nieszczęście? Dlaczego ja, niewinny, mam kryć się, uciekać z miejsca, gdzie dokonana zbrodnia? Czemu ot nagle wszyscy przypadkowo obecni staliśmy się przestępcami?

Dlaczego po tej tylko pięć minut, po tej — no — sześćminutowej44 pauzie mam spotkać się z groźnym spojrzeniem i okrutnym pytaniem:

— Kto?

— Nie ja.

A choć mówię prawdę, czuję, że jakby kłamię. Należało powiedzieć:

— Przypadek zdarzył, że nie ja.