— Jakiego Franka?

— No Franka, co nie ma nazwiska.

— Nie, nie znamy Franka.

— Widzicie?

Franek nie ma wprawdzie nazwiska; już przed urodzeniem się jego wiadomo było ludziom, że nazwiska mieć nie będzie, a on się mimo to urodził.

Uważacie? taki bęben, długości pięćdziesięciu centymetrów zaledwie, a już szelma przekorny, a już, drwiąc jakby z uświęconych zwyczajów, śmiał się urodzić nie tylko bez nazwiska, ale nawet jakoby bez ojca, i wielu jeszcze innych formalności.

— Czy aby pokornie, cicho, niepostrzeżenie Franek wślizgnął się między królów stworzenia?

Diabła tam: krzyczał, darł się i kopał, jakby nie jednego, ale trzech, i to wybitnych ojców posiadał.

— Oburzające — nieprawda?

— Ano chyba.