Witam szanownego profesora. Dokąd to profesor tak spieszy? Zapewne po jakiś nieznany a ciekawy dokumencik — zgadłem?
I patrzałem na niego z góry, z pobłażliwym uśmiechem, jaki zazwyczaj gości na ustach zwykłego śmiertelnika, gdy spogląda na marzyciela, ideowca lub w ogóle maniaka.
— Dokąd spieszę?... A właśnie, że nie zgadłeś!... Idę do cyrku.
— Do cyyyrku?
— No do cyrku, do cyrku. Nie zatrzymuj mnie, bo się spóźnię.
— Profesor idzie do cyrku? Ależ ja tego zgoła nie rozumiem.
Ażeby usprawiedliwić moje zdziwienie, muszę zaznaczyć, że spotkany przeze mnie jegomość jest historykiem, mólem116 książkowym, szperaczem — czym chcecie, tylko nie światowcem. W życiu swym ani razu nie był na operetce; nie wypił ani jednej filiżanki kawy ani w Nadświdrzańskiej, ani w Udziałowej, ani w Brystolu; nie widział nigdy w życiu ani Cavalieri117, ani Battistiniego118, ani Bellincioni119; nie wie o istnieniu w Warszawie Filharmonii. Za to pierwszy przychodzi do sali biblioteki publicznej i ostatni siłą zmuszany bywa do jej opuszczenia. Prawdziwe piekło z nim mają zarządy książnic prywatnych. Poza tym gotów jest dziesięć mil tłuc się zimą boczną drogą — w poszukiwaniu jakiegoś nieznanego ogółowi świstka, spleśniałego na strychu jakiegoś dworka120 zapadłego lub plebanii.
I taki oto człowiek powiada mi, że idzie do cyrku.
— Idziemy razem — postanowiłem nagle, widząc jego zniecierpliwienie.
— No dobrze: jak chcesz, to chodź. Ale może się wstydzisz? Bo u nas istnieje przesądne przekonanie, że cyrk — to zabawa dla dzieci i pospólstwa. Szanujący się ludzie nie chodzą do cyrku, tylko — do teatru. O, teatr, to szlachetna rozrywka — skończył z ironią.