W tej chwili zbliżyła się ku nam niewiasta.
— Janek, chodź mi zaraz... Jakim prawem pan mi dziecko liże?
— Pocałowałem je w czoło.
— To jest brutalna niedelikatność obce dziecko całować... Zarazisz mi pan dzieciaka i unieszczęśliwisz na całe życie!
Janek dostał w kark, mnie łzy w oczach stanęły. I mimo goryczy, która duszę mą przepełniła — przyznałem matce słuszność. Ona mnie nie zna.
Usiadła obok mnie dziewczyna upudrowana.
— Czy można do pani przemówić? — zapytałem.
— Oj, oj! — odparła i przysunęła się bliżej.
— Powiedz mi — zacząłem smutnie — powiedz mi, czy ta świeżość budzącej się do nowego życia natury, nie przypomina ci twego dzieciństwa? Gdyś była mała i czysta, gdyś tuliła białe czoło do ust swojej matki? Gdyś nie wiedziała, że są źli ludzie na świecie, że tyle brudu i krzywdy szerokim korytem niesie mętna fala życia? Oto budzi się w duszy twej echo odległych wspomnień i zapomnianych żalów.
— Pewnie, że się budzi — odparła smętnie — ale może by mi pan tak fundnął kolację, co?