Pozostałem sam, przedwcześnie osiwiały, złamany na duchu i ciele, z sercem, posiekanym jak klops.
A przecież myśl była piękna, intencje czyste.
Chciałem uczynić Warszawę najbogatszym w świecie miastem, a na kraj cały miał spłynąć złoty deszcz dobrobytu, ba, nawet bogactwa.
Dzięki niebywałemu zaufaniu, które zdobyłem sobie wśród wszystkich fabrykantów i przemysłowców mamy — Europy, junaka — Ameryki, żółtej Azji, czarnej Afryki i niemowlęcia — Australii; dzięki kredytowi wszystkich finansowych instytucji globu naszego — postanowiłem założyć w Warszawie wszechświatowe biuro i najwszechświatowszy rynek wszelkich wyrobów i produktów — wszystkiego, co dają wnętrza gór, głębie oceanów, zawrotny ruch maszyn i geniusz ludzki — na całym wielkim świecie.
Czy widzicie obraz?
Olbrzymie składy ciągną się na dziesiątki mil; wyrastają biura potworne, jak za dotknięciem laski czarodzieja; pieni się zwarta rzesza pracowników; płyną rzeki wezbrane towarów ze wszystkich krańców świata; zjeżdżają kupcy wszyscy, od sztywnego Anglika, buńczucznego Niemca, zwinnego Francuza — do dzikiego Kirgiza, kędzierzawego Negra, bladego Beduina.
Każdy łokieć płótna lub sukna, każdy rower, samochód, tuzin guzików, zegarek, brylant, węgiel, jajko, szklanka, fijołek, strusie pióro, daktyl czy księga mędrca, zanim dobiegnie do mety, musi przejść przez Warszawę — centralny punkt wszechświatowego handlu.
Piędź161 po piędzi zbliżałem się w mozole do upragnionego celu. Podpisałem umowy z kolonistami, miliarderami, kacykami, murzami, fabrykantami, właścicielami kopalni, Dalaj-Lamą tybetańskim, a wszędzie za pierwszy stawiałem warunek, by cała administracja niebywałego, bajecznego przedsiębiorstwa, cały personel, od dyrektorów poszczególnych wydziałów aż do zwyczajnych tragarzy — by spoczywało to wszystko w rękach sił krajowych.
Pomyślcie, co za olbrzymie zapotrzebowanie pracowników. Każda para rąk zdrowych zużytkowana, każda iskra zdolności rozdmuchana w płomień, wszystkie siły fachowe w pracy natężonej; nawet ludzie ułomni, bez nóg, rąk, głuchoniemi byliby woźnymi, markierami, szwajcarami.
Awanse, gratyfikacje, urlopy, nagrody za sumienność i zdolności.