A tam gdzieś u rejenta spoczywa papier, który ma zwalić wszelkie nadzieje, który ma dowieść, że podstęp w duszy ludzkiej rozrosnąć się może do potwornych rozmiarów; stary dziewięć dziesiątych przeznacza na cele dobra ogólnego.

Znam tragedie podobne.

— Jakim prawem ten człowiek rozporządza majątkiem swych spadkobierców; jakim prawem zmusza on ich do ofiar na cele, przez siebie upatrzone. Jakim prawem zbiera zaliczki w formie życzliwości, usług a nadto prezentów? Jakim prawem sprowadza on klątwy na instytucje, przez siebie obdarowane, skądinąd pożyteczne bardzo i zasługujące na cześć i błogosławieństwa?

(Może taka klątwa właśnie ciąży na instytucji kolonii letnich; że nie może wysłać, z powodu braku funduszów, takiej liczby dzieci, jaką należy i pragnęła?)

I znów muszę nadmienić, że nikogo nie chcę urazić, że legaty uważam za bardzo pożądane przedsięwzięcia, że daleki jestem od twierdzenia, by każdy zapis dobroczynny miał głosić: „naści, niebożę, co mi już służyć nie może”. Idzie mi tylko o wszechstronne wyświetlenie kwestii.

Boduen był dobroczyńcą, a nic po śmierci nie zapisał, bo rozdał za życia, co jest tym bardziej znamienne, że prawie nic nie miał.

Znam rodzinę, która przebywa w pogaństwie judaizmu, nie chcąc drażnić zachowawczego spadkodawcy, protoplasty. Zawód dla ludzi tych byłby tragedią. Znam wypadki, gdzie wstrzymywano małżeństwa, odrzucano posady, gdzie owa tajemnicza koperta z czerwoną pieczęcią do gruntu zmieniała losy wielu rodzin.

Tak... tak.

Dobroczyńców jest mało: historia, ale nie szkolna, imiona ich zanotowała. Tuła się tam trochę bezimiennych, o których ani ja nie wiem, ani nawet „Biesiada literacka”15 nie podejrzewa ich imienia...

Znam ludzi, którzy, mając w kieszeni dwa ruble, złotych cztery i dwa grosze16, wzruszają się na dwa grosze, lub na grosz tylko (a grosz reszty).