Chwilami śmiechem płacz załamywał, ale już zaraz znów płakał.

Ktoś pierwszy łzy poczuł pod powiekami, zawstydził się i spojrzał w ziemię. Ktoś drugi w kącikach oczu łzy poczuł. Ktoś trzeci czuł, że mu chłodne krople po gorących spływają policzkach, ktoś czwarty, ósmy, dwudziesty.

A błazen płakał, zawodził.

Chustkę kraciastą wyjął z kieszeni, oczy ociera, chlipce, płacze coraz głośniej, jęczy, chwieje się, przykuca, usta wykrzywił, mocuje się z bólem, wreszcie wybucha.

Pada na dywan areny, tarza się, wije, skowyczy, powykradał dźwięki bolesne wszystkich zwierząt i króla-człowieka.

I nikt już się teraz w tłumie nie wstydził: ani fabrykanci cygar, ani akcjonariusze plantacji buraków, ani dziennikarze, ani ajenci1 policji śledczej, ani bankierzy, ani prokurenci biur komisowych, ani kasjerzy, urzędnicy, nauczyciele, adwokaci, chemicy, ani przedsiębiorcy robót miejskich, ani komornicy, ani cnotliwi, ani nikczemni, ani ich córki, kochanki, żony, teściowe i kuzynki.

Wszyscy płakali głośniej lub ciszej, lub bardzo głośno, niektóre kobiety z lóż, krzeseł i amfiteatru drżały w spazmach, a nawet mdlały.

Nikt dobrze nie wiedział, dlaczego za ukazaniem się błazna bił mu oklaski, dlaczego mu potem złorzeczył, dlaczego się śmiał do rozpuku, a teraz płacze. Zarówno jak komornik nie wiedział dobrze, czemu jest komornikiem, chemik, czemu jest chemikiem, nicpoń, czemu jest nicponiem.

I po raz pierwszy o pułap cyrku tłukły się łkania.

Aż błazen zamilkł. Łzy otarł. Wstał. Wyprostował się w śmiesznym stroju cyrkowego błazna i czekał.