— Szanowny panie — mówię do urzędnika towarzystwa asekuracyjnego35, który niezmiernie grzecznie poprosił, bym zajął miejsce. — Szanowny panie, pragnąłbym...

— He, he! zapewne synka lub (przyjrzał mi się uważnie) może wnuczka, choć pan tak młodo wygląda, może wnuczka pan życzy sobie zaasekurować?

— Nie, panie, jestem kawalerem, uważa szanowny pan, i jeżeli nawet...

— A, to może (spojrzał na mnie przenikliwie) może posesyjkę od ognia?

— I to nie.

— A więc może...

Chcąc przerwać indagację, wyjąłem polisę i położyłem ją na biurku.

— Chciałem odebrać przypadającą mi sumę.

— Ach, ta... a... a... k. Dobrze, ale uważa pan, my nie wiemy, czy pan żyje?

— Ależ żyję, mogę panu zaręczyć, że żyję.