Zasmucił się ptasznik, ale przelotnie, na chwilę.

Jeszcze miał tyle pieśni, że więcej nie pragnął.

I znów Śmierć zawitała.

To orzeł zwalił się ciężko i zastygł. Ale on walczył zapewne z niemocą, bo na piasku widać było ślady jego pazurów i szerokie koła rozwartych skrzydeł.

I teraz już dnia nie było, by nowy świeży trup nie smucił ptasznika.

A on brał go ostrożnie i szybko, by siebie oszukać i pozostałe przy życiu ptactwo oszukać — i niósł daleko, by nie patrzeć i prędko zapomnieć — i rzucał.

Teraz dłużej bawił w swej ukochanej ptaszarni, jakby pragnął nacieszyć się życiem pozostały przy życiu, zatrwożony i smutny.

I jeszcze staranniej stokroć opiekował się swymi miłymi gośćmi, by zastąpić im to, bez czego żyć nie chcieli, czy nie umieli.

Puściej, coraz puściej było. Sokół padł, puchacz zginął, drobne ptactwo marło.

Ptasznik jeszcze pieścił się zmarłym, jeszcze pragnął go wskrzesić, ogrzać go ciepłem własnego ciała i tchnąć dech własny. Daremnie.