Człecze ptaszniku, zamierać będzie i musi liczne ptactwo twej duszy, pomnij jednak, nie wypychaj trupów, sypiąc w nie trociny, kładąc paciorki miast oczów63 — i zachowaj jednego, ostatniego skrzydlatego duszy mieszkańca, ale niechże nim nie będzie — gawron.
Precz z czystością!
Od dłuższego czasu rady sobie dać nie mogłem, tylu doradców opanowało dom mój, mnie, i moich najbliższych.
— Człowieku, ulituj się, jak można tak zaniedbywać się w ubraniu? — wołano.
— Jak pani może pozwolić mężowi tak nie dbać o strój? — suszono głowę mojej żonie.
— Jak cię widzą, tak cię piszą — dodawano sentencjonalnie.
A kiedy wieczorem, znudzony, przerzucałem w łóżku gazety, spotykałem artykuły, domagające się czystości pedantycznej, drobiazgowej; artykuły, grożące najstraszniejszymi skutkami człowiekowi, który nie baczy na najbardziej wyrafinowaną czystość, który nie podda się bez zastrzeżeń wszelkim jej wymogom.
— Ha, trudno — pomyślałem — spróbuję, może mi się uda.
A to tym bardziej, że stwierdzono powszechnie, że bardzo łatwo wytwarza się w człowieku nałóg64 czystości, która przechodzi nieznacznie w elegancję, wykwint i inne subtelności cywilizowanego świata.
Poszedłem tedy do szewca, krawca, kapelusznika, rękawicznika, fryzjera — mierzono mnie na wszystkie strony, kręcono, obracano, szarpano, pchano, kazano mi siadać na krzesłach i stołach, chodzić, przysiadać, podnosić i opuszczać głowę, podskakiwać, przykucać: dręczono mnie w najniemożliwszy sposób. Prócz tego zabierano mi tyle czasu, że mocno zaniedbałem się w swych czynnościach, co było tym fatalniejsze, iż wydatki moje w nieszczęsnym owym miesiącu się potroiły.