Maciuś nie odpowiada.

Wzywa Amary wartę na ćwiczenia. Ordynans melduje:

— Czy wasza królewska mość zezwala iść na ćwiczenia?

Maciuś odpowiada krótko:

— Nie.

Tak trwało pięć dni, aż do przybycia okrętu. Tym razem przyjechali różni rzemieślnicy: będą odnawiać mieszkanie rotmistrza. Rozlega się w lesie stuk topora. Rąbią, piłują. Rotmistrz buduje ganeczek przed domem, altankę, jeszcze jakiś budynek. Ludzie biegają, Amary wymyśla, klnie — zamęt, bieganina — zakłócono Maciusiowi spokój.

Chyłkiem wymyka się Maciuś: teraz stokroć droższy stał mu się cmentarz na górze, łódka, lekcje z Alo i Alą, samotne spacery po lesie i skrzypce.

Maciuś rozumie, że to dopiero początek. Czeka spokojnie, co będzie. Amary niby o nim zapomniał, ale kancelaria pracuje: widzi Maciuś przez okno, jak dwaj pisarze, pochyleni przy stole, do późnego wieczora coś piszą. Przysłane do podpisu papiery są coraz dłuższe. Maciuś ich nie czyta.

Jedzenie z każdym dniem staje się gorsze, Maciuś jest głodny. Dawniej zerwał czasem parę daktyli albo figę, teraz bez bananów i fig nie mógłby się wyżywić. Aż nie przysłano mu wcale obiadu. A co gorsza, usłyszał Maciuś z sąsiedniego pokoju taką uwagę:

— Oni będą się kłócili, a my zdechniemy z głodu.