Obóz dzieci znajdował się nad wielką afrykańską rzeką i wiedział Maciuś, że na końcu rzeki jest port białych ludzi, a nawet bliżej są miasta — i może jest tam telegraf. Płynie Maciuś z prądem, więc bardzo prędko. Przydały mu się wycieczki na latarnię morską. Teraz dopiero widzi, jaki jest silny, i rozumie, dlaczego zwyciężył Filipa.
„Jestem zahartowany!” — myśli Maciuś.
I chociaż głodny, śpiący i zmęczony, pędzi jak na skrzydłach, jakby go goniły — sam nie wie, czy cierpienia, czy to słowo honoru, że dopomoże. Pędzi na swoim czółnie jak wicher.
O świcie tyle się tylko zatrzymał, żeby zerwać trochę owoców — i dalej, bo tam czekają.
Dwie miał w drodze przygody: raz zdrzemnął się trochę — łódka sama płynęła. Ale prąd ją pchał w stronę brzegu. I mało co nie dostał się w paszczę hipopotama: dobrze, że wioseł we śnie nie puścił. Drugi raz omal nie przewrócił czółna, gdy napłynął na wielkiego krokodyla. Gdyby w tym miejscu wpadł w wodę, na próżno czekałyby czarne dzieci na pomoc.
Z początku niby układa Maciuś plan, co zrobi, jak już będzie u celu. A potem przestaje myśleć — nic nie wie — jakby nie był wcale człowiekiem, jakby był tylko maszyną, która bije wodę wiosłami, jakby był żelazną śrubą okrętową, którą widział podczas pierwszej podróży do Bum-Druma.
I nie zdziwił się ani ucieszył, kiedy zobaczył miasto nad rzeką.
Są biali. Jest poczta. Jest biały garnizon. Jest telegraf. Telegrafista był jeszcze w swoim mieszkaniu. Ładny domek niedaleko rzeki — w ogródku. Patrzcie tylko: tam takie nieszczęście, tyle dzieci ginie, a tu żyją sobie ludzie spokojnie i nic nie wiedzą. Telegrafista podlewa kwiaty na klombie, a koło niego w białej sukience biega wesoło taka mała dziewczynka jak Ala — i zajada chleb z miodem.
— Pan jest telegrafistą?
— No ja — bo co?